O Rzece
Źródła
Prasa
Galeria
Warsztaty
Projekty
Inspiracje
Kontakty
Newsletter
Linki

Guarire il femminile

Formia, 25-26 kwietnia 2009

Claudia Casanovas

 

 

Warsztaty Otwartej Rzeki mają bardzo zróżnicowaną tematykę, ten w Formii (w połowie drogi między Rzymem a Neapolem) nazywa się „Guarire il femminile”, czyli uzdrowić kobiecość. Prowadząca, Argentynka Claudia Casanovas, opisuje kobiecość i męskość jako dwie zasady kosmiczne: „Męskość jest jak plemnik – penetrująca, aktywna, zapładniająca, szybka, stymulująca. Kobiecość przypomina jajo – jest receptywna, penetrowana, zapładniana, powolna, magnetyczna, pasywna – podlegająca stymulacji”.
Męskość ma tendencję do dzielenia materii, kobiecość do łączenia, zarządzania nią (mater to po łacinie matka). A transformacja materii to transformacja życia. Zgodnie z tym podziałem ról Inkowie wysyłali mężczyzn na uniwersytet (by nawiązywali relację z uniwersum), a kobiety na akademię (by mogły zajmować się sztuką, rozwijać kreatywność). Ale, oczywiście, tak jak mężczyzna wyposażony jest w pierwiastek żeński, tak kobieta może się odwołać do swojej męskiej części. Pod warunkiem, że nie boi się męskości. Męskość kojarzy się z tym, co zewnętrzne – z inicjatywą, działaniem. No i z lękiem przed kastracją, ucięciem (np. przed storpedowaniem inicjatywy). „Wyobraźcie sobie, jak to jest mieć narządy płciowe na zewnątrz” – mówi Claudia. „Również my, kiedy działamy w sposób męski, odczuwamy ten lęk”.
Lęk kobiecy dotyczy penetracji, przekraczania granic, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany. „Tak, jak mięśnie otaczające pochwę zamykają się po tym, gdy nasza kobiecość została zraniona, tak samo zamyka się serce. Stajemy się nieprzenikalne – na poziomie emocjonalnym, fizycznym, mentalnym, energetycznym”. Tymczasem nasza kreatywność potrzebuje zapłodnienia (również przez własną męskość), bycia penetrowaną, stymulowaną przez różne pomysły, idee.
Jeśli to dostajemy i przyjmujemy, możemy być kreatywne, twórcze. „Kiedy wybieram inaczej, nie chcę otrzymywać nasienia, coś umiera” – tłumaczy Claudia. „Nie jestem stymulowana, drzwi, by brać i dawać są zamknięte”. Dlatego tak ważna jest elastyczność, umiejętność otwierania się i zamykania – po trochu, intuicyjnie. Zwłaszcza jeśli towarzyszy temu obecność, obserwacja: „Jeśli dostaję i biorę, czyli dopuszczam do symbolicznego zapłodnienia, mogę tworzyć. Warto jest powiedzieć sobie: tak, przyjmuję, nic złego nie przyjdzie. Zaufanie to młodsza siostra wiary”. Claudia zwraca uwagę, jak pięknie pokazują ten proces baśnie, w których na początku dobra matka umiera (utrata pierwotnej, nieskażonej, „dobrej” kobiecości) i bohaterka dostaje się w szpony macochy („zła”, wypaczona kobiecość). Aż wreszcie przychodzi ratunek ze strony księcia (penetracja, stymulacja, zapłodnienie).

 

Jak uzdrowić kobiecość? Zaczynamy od tego, że w stanie wyciszenia, medytacji oczekujemy dźwięku dzwonka. „Kiedy zadzwonię, pojawi się ważna kobieta w waszym życiu” – zapowiada Claudia. Potem jeszcze jedna. I jeszcze. Claudia mówi, że prawdopodobnie coś między nami a tymi kobietami domaga się uzdrowienia. Nie oznacza to, że relacje muszą być trudne, że jest coś do wybaczenia – zakłóceniem w przepływie energii może być też nie wyrażona miłość. Tak czy inaczej, naszym zadaniem jest wyodrębnić u każdej z tych kobiet jedną cechę, za którą ją cenimy (nawet, jeśli z jakichś powodów nie przychodzi to łatwo). Wreszcie najmocniejsza część: mamy zwrócić się do każdej z tych kobiet, jakby były tuż obok, podzielić się tym, co w danym momencie czujemy. Bez obwiniania, oceniania, koncentrując się na tym, co dobre.
Pracujemy w parach. Ilaria, z którą się dobrałyśmy, reprezentuje kolejno trzy ważne dla mnie kobiety. Najpierw tę poznaną najpóźniej, potem tę znaną nieco dłużej, wreszcie tę bliską od dawna, może od zawsze (dla większości to po prostu matka).
Na koniec spotykamy się z Ziemią. Podniosły, wzruszający moment. Emocje są bardzo silne i równie potężna, piękna ich transformacja. Zamieniamy się rolami, dzielimy wrażeniami. Oparte o plecy partnerki, z zamkniętymi oczyma, mówimy o tym, co nas zaskoczyło. Mnie poruszyła niezwykle mocna komunikacja poza słowami – do bliskich mi kobiet zwracałam się, oczywiście, po polsku, ale reprezentująca je Ilaria reagowała na moje słowa, jakby wszystko rozumiała. Jeszcze bardziej uderzyła mnie łatwość wchodzenia w emocje osób, które przyszło mi reprezentować. Również w emocje Ziemi.
Następnego dnia wyjaśnia się, dlaczego tak ważne było nazwanie przymiotów kobiet, z którymi się konfrontowałyśmy. Skoro potrafimy dostrzec i docenić te cechy u innych, znaczy to, że same jesteśmy gotowe na ich przyjęcie, zintegrowanie. „Nasza wewnętrzna bogini już teraz dysponuje tymi trzema jakościami, one czekają tylko na zaakceptowanie, uznanie, przyjęcie” – wyjaśnia Claudia. Najpierw przygotowujemy się do ceremoniału przyjęcia, odpowiadając sobie w parach na trzy pytania: jaka jest najwyższa forma przejawiania się każdej z wybranych cech, jak ją rozwinąć i czy przypadkiem nie łączymy z nią jakiegoś negatywnego aspektu, czegoś, co budzi nasz opór, obawy. Dopiero, gdy wszystkie wątpliwości są rozwiane, odbywa się rytuał. Bardzo wzruszający, uroczysty, z podniosłą muzyką. Na jego pamiątkę każdej z nas zostaje jakiś przedmiot, przypominający o świeżo odkrytym bogactwie: bransoletka, figurka, szkiełko…

 

To najpotężniejsze warsztaty, w jakich kiedykolwiek brałam udział. Wgląd, jaki uzyskuję podczas ruchu, jest nieoceniony. Nie przypuszczałam, że proste gesty mają taką moc. Naśladowanie ruchów instruktora wydawało mi się zwykłym „małpowaniem” – myślałam, że lepiej pójść za własnym ciałem. Claudia wytłumaczyła mi, że nasze ciało, nawykłe do pewnych gestów, potrzebuje przyswoić sobie (a właściwie przypomnieć) inne – zaniedbane, nie używane. W tych gestach tkwią nowe siły, nowe możliwości. Jestem pod wrażeniem pracy Claudii: zarządzając z ogromną wprawą energią grupy, wyczulona na reakcję każdego uczestnika, uważna i empatyczna, wciąż kontaktuje się z własnym światem wewnętrznym. Nie stara się kontrolować swoich emocji, dzieli się osobistymi odkryciami.
To niewiarygodne, ile można zrobić w półtora dnia. Ruch, muzyka, masaż, medytacja… Wiele innych wspaniałych ćwiczeń i rytuałów: choćby wypisywanie na karteczkach imion wszystkich kobiet, jakie przyjdą nam do głowy (można np. uzdrowić napięte stosunki z sąsiadką). Albo opowiadanie snów z poprzedniej nocy – koniecznie w czasie teraźniejszym i z wplatanym co chwila zdaniem „i to jest moje życie”. To pozwala dokonać bardzo cennych odkryć. Zmienia perspektywę, odkodowuje znaczenie. Otwiera oczy, mobilizuje do dalszej pracy…

 

JoMa, rzecznik Rzeki

 

czytaj też:

osobiście – jak odkryłam Rio Abierto

wrażenia uczestników




Guarire il femminile

Formia, 25-26 kwietnia 2009

Claudia Casanovas

 

 

Warsztaty Otwartej Rzeki mają bardzo zróżnicowaną tematykę, ten w Formii (w połowie drogi między Rzymem a Neapolem) nazywa się „Guarire il femminile”, czyli uzdrowić kobiecość. Prowadząca, Argentynka Claudia Casanovas, opisuje kobiecość i męskość jako dwie zasady kosmiczne: „Męskość jest jak plemnik – penetrująca, aktywna, zapładniająca, szybka, stymulująca. Kobiecość przypomina jajo – jest receptywna, penetrowana, zapładniana, powolna, magnetyczna, pasywna – podlegająca stymulacji”.
Męskość ma tendencję do dzielenia materii, kobiecość do łączenia, zarządzania nią (mater to po łacinie matka). A transformacja materii to transformacja życia. Zgodnie z tym podziałem ról Inkowie wysyłali mężczyzn na uniwersytet (by nawiązywali relację z uniwersum), a kobiety na akademię (by mogły zajmować się sztuką, rozwijać kreatywność). Ale, oczywiście, tak jak mężczyzna wyposażony jest w pierwiastek żeński, tak kobieta może się odwołać do swojej męskiej części. Pod warunkiem, że nie boi się męskości. Męskość kojarzy się z tym, co zewnętrzne – z inicjatywą, działaniem. No i z lękiem przed kastracją, ucięciem (np. przed storpedowaniem inicjatywy). „Wyobraźcie sobie, jak to jest mieć narządy płciowe na zewnątrz” – mówi Claudia. „Również my, kiedy działamy w sposób męski, odczuwamy ten lęk”.
Lęk kobiecy dotyczy penetracji, przekraczania granic, zwłaszcza jeśli nosimy w sobie rany. „Tak, jak mięśnie otaczające pochwę zamykają się po tym, gdy nasza kobiecość została zraniona, tak samo zamyka się serce. Stajemy się nieprzenikalne – na poziomie emocjonalnym, fizycznym, mentalnym, energetycznym”. Tymczasem nasza kreatywność potrzebuje zapłodnienia (również przez własną męskość), bycia penetrowaną, stymulowaną przez różne pomysły, idee.
Jeśli to dostajemy i przyjmujemy, możemy być kreatywne, twórcze. „Kiedy wybieram inaczej, nie chcę otrzymywać nasienia, coś umiera” – tłumaczy Claudia. „Nie jestem stymulowana, drzwi, by brać i dawać są zamknięte”. Dlatego tak ważna jest elastyczność, umiejętność otwierania się i zamykania – po trochu, intuicyjnie. Zwłaszcza jeśli towarzyszy temu obecność, obserwacja: „Jeśli dostaję i biorę, czyli dopuszczam do symbolicznego zapłodnienia, mogę tworzyć. Warto jest powiedzieć sobie: tak, przyjmuję, nic złego nie przyjdzie. Zaufanie to młodsza siostra wiary”. Claudia zwraca uwagę, jak pięknie pokazują ten proces baśnie, w których na początku dobra matka umiera (utrata pierwotnej, nieskażonej, „dobrej” kobiecości) i bohaterka dostaje się w szpony macochy („zła”, wypaczona kobiecość). Aż wreszcie przychodzi ratunek ze strony księcia (penetracja, stymulacja, zapłodnienie).

 

Jak uzdrowić kobiecość? Zaczynamy od tego, że w stanie wyciszenia, medytacji oczekujemy dźwięku dzwonka. „Kiedy zadzwonię, pojawi się ważna kobieta w waszym życiu” – zapowiada Claudia. Potem jeszcze jedna. I jeszcze. Claudia mówi, że prawdopodobnie coś między nami a tymi kobietami domaga się uzdrowienia. Nie oznacza to, że relacje muszą być trudne, że jest coś do wybaczenia – zakłóceniem w przepływie energii może być też nie wyrażona miłość. Tak czy inaczej, naszym zadaniem jest wyodrębnić u każdej z tych kobiet jedną cechę, za którą ją cenimy (nawet, jeśli z jakichś powodów nie przychodzi to łatwo). Wreszcie najmocniejsza część: mamy zwrócić się do każdej z tych kobiet, jakby były tuż obok, podzielić się tym, co w danym momencie czujemy. Bez obwiniania, oceniania, koncentrując się na tym, co dobre.
Pracujemy w parach. Ilaria, z którą się dobrałyśmy, reprezentuje kolejno trzy ważne dla mnie kobiety. Najpierw tę poznaną najpóźniej, potem tę znaną nieco dłużej, wreszcie tę bliską od dawna, może od zawsze (dla większości to po prostu matka).
Na koniec spotykamy się z Ziemią. Podniosły, wzruszający moment. Emocje są bardzo silne i równie potężna, piękna ich transformacja. Zamieniamy się rolami, dzielimy wrażeniami. Oparte o plecy partnerki, z zamkniętymi oczyma, mówimy o tym, co nas zaskoczyło. Mnie poruszyła niezwykle mocna komunikacja poza słowami – do bliskich mi kobiet zwracałam się, oczywiście, po polsku, ale reprezentująca je Ilaria reagowała na moje słowa, jakby wszystko rozumiała. Jeszcze bardziej uderzyła mnie łatwość wchodzenia w emocje osób, które przyszło mi reprezentować. Również w emocje Ziemi.
Następnego dnia wyjaśnia się, dlaczego tak ważne było nazwanie przymiotów kobiet, z którymi się konfrontowałyśmy. Skoro potrafimy dostrzec i docenić te cechy u innych, znaczy to, że same jesteśmy gotowe na ich przyjęcie, zintegrowanie. „Nasza wewnętrzna bogini już teraz dysponuje tymi trzema jakościami, one czekają tylko na zaakceptowanie, uznanie, przyjęcie” – wyjaśnia Claudia. Najpierw przygotowujemy się do ceremoniału przyjęcia, odpowiadając sobie w parach na trzy pytania: jaka jest najwyższa forma przejawiania się każdej z wybranych cech, jak ją rozwinąć i czy przypadkiem nie łączymy z nią jakiegoś negatywnego aspektu, czegoś, co budzi nasz opór, obawy. Dopiero, gdy wszystkie wątpliwości są rozwiane, odbywa się rytuał. Bardzo wzruszający, uroczysty, z podniosłą muzyką. Na jego pamiątkę każdej z nas zostaje jakiś przedmiot, przypominający o świeżo odkrytym bogactwie: bransoletka, figurka, szkiełko…

 

To najpotężniejsze warsztaty, w jakich kiedykolwiek brałam udział. Wgląd, jaki uzyskuję podczas ruchu, jest nieoceniony. Nie przypuszczałam, że proste gesty mają taką moc. Naśladowanie ruchów instruktora wydawało mi się zwykłym „małpowaniem” – myślałam, że lepiej pójść za własnym ciałem. Claudia wytłumaczyła mi, że nasze ciało, nawykłe do pewnych gestów, potrzebuje przyswoić sobie (a właściwie przypomnieć) inne – zaniedbane, nie używane. W tych gestach tkwią nowe siły, nowe możliwości. Jestem pod wrażeniem pracy Claudii: zarządzając z ogromną wprawą energią grupy, wyczulona na reakcję każdego uczestnika, uważna i empatyczna, wciąż kontaktuje się z własnym światem wewnętrznym. Nie stara się kontrolować swoich emocji, dzieli się osobistymi odkryciami.
To niewiarygodne, ile można zrobić w półtora dnia. Ruch, muzyka, masaż, medytacja… Wiele innych wspaniałych ćwiczeń i rytuałów: choćby wypisywanie na karteczkach imion wszystkich kobiet, jakie przyjdą nam do głowy (można np. uzdrowić napięte stosunki z sąsiadką). Albo opowiadanie snów z poprzedniej nocy – koniecznie w czasie teraźniejszym i z wplatanym co chwila zdaniem „i to jest moje życie”. To pozwala dokonać bardzo cennych odkryć. Zmienia perspektywę, odkodowuje znaczenie. Otwiera oczy, mobilizuje do dalszej pracy…

 

JoMa, rzecznik Rzeki

 

czytaj też:

osobiście – jak odkryłam Rio Abierto

wrażenia uczestników