




W nr. 4/2010 miesięcznika „Czwarty Wymiar” ukazał się artykuł zatytułowany
„Wielka Rzeka”
tekst: Jędrzej Fijałkowski
Rozłupcie drzewo, ja tam jestem.
Podnieście kamień, a znajdziecie mnie tam
Ewangelia św. Tomasza
- Wdech – góra, wydech – stabilna.
To ziemia, po której stąpamy, która jest naszym punktem odniesienia, naszym przywiązaniem, naszym narodzeniem. Stąd wyszliśmy, stąd odejdziemy, to nasza pierwsza litera kosmicznego abecadła.
- Wdech – płomień, wydech – rozpalony.
To ogień, prażywioł, z którego wyszła ziemia, który był pierwszym krokiem samostanowienia, pierwszym strachem i pierwszym wynalazkiem. Bóstwo i sługa, wróg i przyjaciel, odwieczny towarzysz człowieka, wulkan w górze.
- Wdech – przestrzeń, wydech – nieograniczona.
To powietrze, niezbędne, potrzebne, nieuchwytne, wszechobecne, porywające, niosące oddech, a z nim życie. Nieujarzmione, otaczające wszystkich zewsząd. Reżyser wszystkiego, co wokół było, jest i będzie.
I czujesz tę stabilność w sobie tak długo, póki nie doświadczysz gorąca, a potem – póki nie otuli cię powietrze, aż wreszcie nadejdzie Ona, ogarniająca wszystko, uległa i groźna, miękka i ostra, przybierająca kształt, jaki tylko sobie zamarzysz, wypełniająca dowolne naczynie, także ciebie, bez reszty oddana, odżywcza, ale i dyktująca swoje warunki, prowadząca cię przez życiowe mielizny i wodospady, leniwe dni stawu, dynamiczne – rwącego strumienia, pełne radości i szczęścia – szerokiego koryta Otwartej Rzeki.
Potem jest powrót do źródeł, do archetypów, do samego początku, kiedy się krzyczy tym pierwszym krzykiem, który nie niósł za sobą dramatu, a jedynie radość trwania i współbrzmienie ze Wszystkim. I ten pląs w grupie, kiedy można by się poczuć wolnym, gdyby nie wszystkie te garby, które narosły od Tamtych czasów, tłamsząc przy okazji, to, co wówczas było radosne. Dziś, kiedy Claudia każe ci dawać otwartą ręką, stojącemu naprzeciw partnerowi – dłoń odwraca Ci się mimowolnie i wykonując gest dawania – zagarniasz do siebie, dłonią skierowaną grzbietem do góry. Albo jeszcze lepiej: dajesz, ale dłonie zaciskają ci się w pięści. Ty tego nie chcesz, ale ciało tak robi, więc zdumiony patrzysz, dlaczego nad tym nie panujesz. Te odruchy tkwią zapisane od dawna nie w twoim umyśle, bo przecież nigdy się do tego nie przyznasz, że kiedy dajesz – robisz taką łaskę, że twoją dobroć odbierają, jak obrazę. I zdziwiony patrzysz na swoje zaciśnięte pięści i świadomie powtarzasz z uporem: – Przecież chcę ci to dać. Weź.
Ale ciało nieprowadzone umysłem, który zrobi z tobą, co zechce, pokazuje twoją prawdziwą naturę…
Więc, kiedy wracasz na miejsce z partnerem trzymając się za ręce, bezwiednie zostajesz w tyle, a para za tobą cię dogania i nagle tamci idą we trójkę, a ty jesteś sam. Bo tak ci lepiej. I kiedy powtarza się to po raz kolejny – Claudia sama jest zdziwiona, zatrzymuje grupę i pyta: co się dzieje? Czyżby grupa była nie do pary? Nie, tak po prostu wyszło.
I wtedy przychodzi refleksja, zanim ci to ktoś uzmysłowi, że to twój problem, że uciekasz od ludzi, chociaż przecież tak naprawdę tego nie chcesz, ale tak ci łatwiej, nie musisz być w związkach, wchodzić w interakcje, prosić, wymagać, przepraszać, składać życzeń, dziękować za nie.
Najtrudniejsze, jak się bowiem okazuje, są relacje z drugim człowiekiem. Ale o tym napisano już wiele tomów, od frenologii i behawioryzmu Watsona poczynając, na Freudzie, Jungu i Adlerze kończąc. I co z tego? Nadal, kiedy mamy dotknąć kogoś obcego w geście pocieszenia, ręka zatrzymuje się w połowie gestu, robi śmiesznego zawijasa pół metra przed nim.
No i, jak można leżeć obok siebie twarzą w twarz i opowiadać przez 5 minut o swoich marzeniach, życiowych celach, komuś spotkanemu pierwszy raz, kiedy trudno przychodzi to nam w rozmowie z najbliższym przyjacielem. Nie umiemy być blisko. Odległość między nami zwiększa się stale, wprost proporcjonalnie do rozwoju Internetu i technicznych środków komunikacji. Oddalamy się od siebie, tworząc dziwaczną, esemesowo-mailową nowomowę, wypraną z emocji, pozbawianą dużych liter, pisaną ciurkiem, bez spacji, niczym miniskułowe starogreckie teksty pierwszych ewangelistów.
Więc nagle widzisz, co jest nie tak. I teraz pytanie: czy chcesz to zmienić? Jeśli nie – odpuszczasz. Było miło, ale raz. Nie wracasz. Jeśli tak – zostajesz, przychodzisz na następne zajęcia, zaczynasz pracować nad sobą, dostrzegasz coraz więcej i więcej, naprawiasz po kolei, to wszystko, co jest do naprawienia i stajesz się inny, lepszy. Ciało staje się bardzo szybko twoim sojusznikiem w wędrówce przez życie. I wraz z innymi podnosisz rękę w górę, w powitaniu, które gdzieś tam pobrzmiewa indiańskim pozdrowieniem z odległych w czasie i przestrzeni prerii i krzyczycie: – Tworzymy nowych ludzi!
Po czym wsiadacie do swoich canoe-ciał i płyniecie Otwartą Rzeką na spotkanie 2012, nowej Ery Wodnika, pełnego człowieczeństwa i radości życia.
Bo płynąc – zmieniliście się, bo ruch – to życie. – Bezruch daje nam czasem poczucie bezpieczeństwa, ale to ruch pozwala nam wzrastać – twierdzi Vincenzo Rossi, obok Argentynki, Claudii Casanovas i Brazylijki Marii Clotilde Robustelli, jeden z założycieli pierwszego europejskiego ośrodka Otwartej Rzeki we Włoszech.
Sama idea wywodzi się natomiast z Ameryki Południowej, z Argentyny, a jej twórczynią jest Maria Adela Palcos, uczennica aktorki teatralnej Susany Milderman, psycholożka związana z duchowością andyjską. W 1966 r. opracowała system pracy z ciałem i psyche idący w kierunku całościowego (holistycznego) rozwoju człowieka. Od tamtej pory Maria Adela Palcos prowadzi centrum Rio Abierto (hiszp. Otwarta Rzeka) w Buenos Aires i szkoli nowych instruktorów. W rozwój idei Rio Abierto miał swój wkład także inny Argentyńczyk, Hugo Ardiles – lekarz, skrzypek, badacz Wschodu (również uczeń Milderman).
Z Ameryki Południowej Rzeka przypłynęła do Europy, do Włoch właśnie i niczym, po rzęsistych opadach rozprzestrzenia się nadal, znajdując wciąż nowe koryta w kolejnych krajach: Szwajcarii, Rosji, Hiszpanii, wzbogacając swoje wody o psychologię samorealizacji Antonio Blaya, studium enneagramu Claudio Naranjo, Gestalt, psychoterapię systemową.
- Ciało przemawia wieloma językami. Przemawia kolorem i temperaturą, rumieńcem rozpoznania, blaskiem miłości, popiołami bólu, żarem podniecenia, chłodem obojętności. Przemawia nieustannym, niedostrzegalnym tańcem, czasem kołysaniem, czasem pląsaniem, czasem drżeniem. Każde radosne drgnienie serca, każdy upadek ducha, depresja, budząca się nadzieja znaczą się na ciele. Ciało nie jest drętwą powłoką, z której chcemy się uwolnić. We właściwej perspektywie jest rakietą kosmiczną, skupiskiem mikroskopijnych liści koniczyny, unerwioną pępowiną łączącą z innymi światami i niezwykłymi doświadczeniami – uważa Clarissa Pinkola Estés, pisarka i psychoterapeutka, mająca doktoraty ze stosunków międzykulturowych i psychologii klinicznej, autorka bestselleru dla kobiet: „Biegnąca z wilkami”.
Czym jest Otwarta Rzeka?
Tak naprawdę, jako system terapeutyczny wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Nie stworzono jej, bowiem, jako jeszcze jednej podpórki, dla skołowanego skomputeryzowanym światem człowieka. Bliższa jest poszukiwaniom własnej drogi w labiryncie współczesności. Ważniejsza jest bowiem – jak dla bohatera „Alchemika” Paulo Coelho – sama droga, nurt, poszukiwanie, dążenie – to ono tworzy dojrzałość wędrownika po niej się poruszającego.
- Otwarta Rzeka to złożony i fascynujący system, potężny środek wyzwolenia i transformacji – mówi Jolanta Maria Berent, która wprowadziła do Polski nurt Otwartej Rzeki. – To oryginalny, twórczy, łatwy i przyjemny sposób na to, by zmieniać ciało i przekonania, transformować energię. To ekspresyjny ruch przy muzyce pozwalający uzewnętrznić różne stany i uczucia, idealna metoda integracji ciała, emocji, umysłu i ducha. Także medytacja. Jednak inna, niż znamy ją z lektur o niektórych mistrzach Wschodu, dążących do nirwany. To medytacja nad każdą chwilą. Umiejętność życia i cieszenia się nim. Odkrywania radości w najprostszych czynnościach, smakowania ich. Nie traćmy cennych sekund na… pośpiech – czasem mamy je tak wyliczone, jakby nie Bóg nam je dał, a jakiś skąpiec, żałujący innym przypisywanej mu wiekuistości…
Otwarta Rzeka budzi Energię, która jest w każdym z nas. Pozwala uzyskać harmonię, równowagę, samorealizację. Skuteczność metody wypływa z wieloletnich doświadczeń w pracy z oryginalnymi technikami – pozornie prostymi, zakorzenionymi jednak w człowieku głęboko, atawistycznie. Punkt wyjścia stanowi ciało, jako fizyczny obraz naszego wewnętrznego życia: zwracając mu wolność i elastyczność uwalniamy jednocześnie umysł.
Postawa ciała, co nie jest niczym odkrywczym, świadczy o naszym stanie wewnętrznym. Jeśli jest spięte, usztywnione, ruchy stają się siłą rzeczy ograniczone, trudno w pełni korzystać z własnych możliwości, sięgać po nowe rozwiązania, kreatywnie myśleć. Gdy kulimy ramiona, czujemy się przygnębieni, przytłoczeni. Gdy je otwieramy, automatycznie unosimy głowę – jesteśmy silni i obecni. Wchodzimy w bliski kontakt z samym sobą, uczymy się lepiej rozumieć emocje i potrzeby, uzyskujemy wgląd w życie (niejednokrotnie znacznie głębszy niż podczas medytacji). Wszystko to zaś, obracając się w kręgu tkwiących w nas od urodzenia energii, z których się składamy: fizycznej, emocjonalnej i mentalnej.
- Wszyscy rodzimy się z ogromnym potencjałem energetycznym, ale pod wpływem różnych uwarunkowań rodzinnych i społecznych zostaje on często zablokowany. Z powodu tych blokad nie wszystkim przychodzi łatwo wykonywanie pewnych, na pozór prostych, gestów – tłumaczy instruktorka Otwartej Rzeki, Anna Rita Fiore. – Osoba introwertyczna może na przykład mieć problem z szerokim rozłożeniem ramion – gestem tym wyrażamy zwykle otwartość wobec innych, wobec świata. Podczas zajęć szybko pojawia się świadomość ciała, blokady ustępują, napięcia uwalniają się, pojawia się radość z ruchu i wyrażania siebie, dobre samopoczucie. Budzi się nowa energia. Zmienia się sposób widzenia świata…
Odkrywamy, że posiadamy nieskończone przymioty i możliwości. Poruszając się harmonijnie z ciałem, emocjami, umysłem i duchem – czujemy się wolni, świadomi, szczęśliwi.
Gdyby nie fakt, że piszę ten tekst do „Czwartego Wymiaru” – pewnie bym się nie odważył na przekazanie tych wszystkich zdumiewających zdarzeń i „zbiegów okoliczności”, które doprowadziły do tego, że obok Wisły i Odry wpłynęła na polskie ziemie jeszcze jedna wielka rzeka.
Jolanta Maria Berent jest z zawodu dziennikarką. Zna język włoski, kilka lat mieszkała we Włoszech. I nagle zabrakło czegoś w życiu, zrobiło się za mało. Zaczęła szukać. Tak o tym opowiada: – Pojawił się jakiś twórczy ferment, podskórny nurt. Wtedy przypomniałam sobie, że czytałam kiedyś na włoskich stronach o takiej metodzie, Otwarta Rzeka… Postanowiłam lepiej zbadać sprawę, może nawet pojechać do Włoch na najbliższe warsztaty. Napisałam do Neapolu, gdzie mieści się Szkoła Bycia Otwarta Rzeka. Najpierw długo nie odpisywali, ale kiedy zaczęłam już wątpić powiedziałam sobie jeszcze: jeśli jutro otrzymam jakąś odpowiedź – będzie to znak…
I dostała.
Gdy po przyjeździe do Italii poszła nad morze, obca kobieta podarowała jej „na szczęście” amonit, nazywany popularnie „okiem św. Łucji”. Na tej samej plaży znalazła fioletowe serduszko, a tego samego dnia, w chińskiej restauracji podarowano jej drugie, pomarańczowe. Czakram serca, jak widać, zapragnął koniecznie dać znać o sobie i się wizualizował. W radiu nagle grali same piosenki o rzece, której „nie można zatrzymać”, a w rozmowie telefonicznej z mamą przyszło jej wysłuchać opowieści o „tym magicznym miejscu nad rzeką, które ty przecież odkryłaś”.
- Wszystkie drzwi stanęły otworem, wszystkie przeszkody były usuwane spod stóp. Nie będę wyliczać wszystkich cudów, znaków, gadżetów i inspiracji – dość powiedzieć, że plan wyjazdu zrealizowałam w 400 procentach. Nie tylko wzięłam udział w fantastycznych warsztatach – najmocniejszych, najpełniejszych (i najprzyjemniejszych) ze wszystkich dotychczasowych – ale też zjednałam sobie przychylność trójki czołowych instruktorów Otwartej Rzeki. Zgodzili się przyjechać do Polski. Ostatnie warsztaty, które się odbyły w Warszawie, prowadziła Claudia Casanovas, jedna z wielkiej neapolitańskiej trójki.
Tak piszą ludzie po spotkaniach:
„Otwarta Rzeka oznacza dla mnie życie. Na planie fizycznym: odczuwanie radości z ruchu i odkrywanie, które części ciała są rozluźnione, a które napięte – to życie. Na poziomie mentalnym: możliwość odczuwania obecności, zanurzenie się w bieżącej chwili, również z umysłem – to życie. Na planie emocjonalnym: nawiązywanie kontaktu z najgłębszą częścią mojej istoty, z duszą, odczuwanie i rozpoznawanie wszystkich emocji, również tych niewygodnych, jak złość czy lęk, stawanie się pełną, prawdziwą – to życie.” Natalia.
„Pamiętam bardzo dobrze moje pierwsze spotkanie z Otwartą Rzeką: bardzo miła niespodzianka, coś nowego i znanego od zawsze. Poczułam się, jakbym wróciła do domu.” Rita
„Dla mnie Otwarta Rzeka to sposób, by wejść w kontakt ze sobą, to drzwi do własnego wnętrza.” Daria.
Jolanta Maria Berent sprowadziła do Polski trochę kluczy do tych drzwi. Jeśli ktoś ma ochotę – wystarczy poprosić.