O Rzece
Źródła
Prasa
Galeria
Warsztaty
Projekty
Inspiracje
Kontakty
Newsletter
Linki

W numerze 10/2011 miesięcznika psychologicznego „Sens” ukazał się wywiad z Claudią Casanovas, autorstwa Joanny Romanowskiej, zatytułowany „Pochwała hojności”.

 

Ktoś daje, ktoś bierze, ale biorąc też daje – proste, odwieczne i piękne. Tylko czasem niepotrzebnie to komplikujemy. O tym, że pomoc to akt twórczy – z Claudią Casanovas, autorką książki „Sztuka pomagania”, prowadzącą w Polsce warsztaty Otwartej Rzeki – rozmawia Joanna Romanowska

 

- Napisała pani książkę o pomaganiu na cztery ręce – z przyjaciółką, przez ocean…
Z Felisą Chalcoff poznałyśmy się ponad 30 lat temu, na szkoleniu instruktorskim Otwartej Rzeki w Buenos Aires. Później zamieszkałam we Włoszech, ale pozostałyśmy w bliskim kontakcie. Po latach zaplanowałyśmy wspólne warsztaty w Buenos na temat pomagania. Kiedy jednak przyjechałam do Argentyny, z zeszytami pełnymi notatek, dowiedziałam się, że zgłosiło się 11 osób, podczas gdy ustaliłyśmy minimum na 12. Warsztaty zostały odwołane. Ale w dniu, w którym miały się odbyć, popatrzyłyśmy na siebie, na nasze zapiski, ćwiczenia i poczułyśmy żal. Taki dobry materiał, jaka szkoda! A jeśli napiszemy książkę? Tak, napiszmy! We Włoszech zwykło się mówić: zamykają się drzwi, otwierają się wrota. Otworzył się okres pracy na odległość – wysyłanie sobie tego samego rozdziału nawet po parę razy dziennie, poprawki, dyskusje. I tak przez dziewięć miesięcy…
- Skąd
pomysł, żeby uznać pomaganie za sztukę?
Zanim zaczęłam zgłębiać psychologię, ukończyłam Akademię Sztuk Pięknych. I już wtedy, gdy studiowałam historię sztuki, malowałam czy rysowałam, zorientowałam się, że mniej interesuje mnie rezultat tworzenia – obraz, rzeźba, taniec… Najgłębiej dotykał mnie sam akt twórczy, relacja pomiędzy artystą a materiałem, z którym pracuje – kamieniem, ciałem, kolorem… Kiedy zwróciłam się w stronę pracy psychologicznej, uświadomiłam sobie, że również pomoc – ta prawdziwa, skuteczna – jest aktem twórczym. Dla mnie jeszcze głębszym i bogatszym niż tworzenie w materii, bo „artysta” nawiązuje tu relację z żywym „materiałem”. Pomoc jako akt twórczy jest naprawdę potężna – dwie osoby pracują w tym samym celu, dla wzrostu obojga. Z jednakowym zaangażowaniem.
- Śmiałe podejście!
Jest takie powiedzenie: pomóż sobie, a Bóg ci pomoże. Zwykle uważa się, że pomoc opiera się na dobrej woli jednej ze stron, że, owszem, pomagający musi się zaangażować, ale przyjmujący pomoc już niekoniecznie – może być rozkojarzony, przygnębiony, no ale przecież trzeba go wyciągnąć z tego dołka… Pomoc to jeden z najbardziej angażujących i świętych aktów – jest w nim empatia, siła, włączone są największe talenty człowieka. Tak naprawdę chodzi tu o dawanie i przyjmowanie, a te dwie czynności nigdy nie istnieją rozdzielnie, należą do tego samego procesu życiowego. Dlatego kiedy dajemy, jednocześnie przyjmujemy i odwrotnie.
- Co dostaje osoba udzielająca pomocy?
Przede wszystkim możliwość wyrażenia swojego potencjału. A taki jest cel życia każdego z nas. Według Otwartej Rzeki – systemu, na którym od 30 lat opieram moją pracę terapeutyczną – każda istota ludzka wyposażona jest w trzy główne centra energetyczne: centrum inteligencji, inaczej mądrości, centrum miłości i centrum energii fizycznej, czyli siły, woli. Te trzy centra to nasza dusza, nasza najgłębsza esencja z jej podstawowymi funkcjami: zrozumieniem, kochaniem i działaniem. Często jednak mądrość jest zaćmiona, miłość zraniona, energia osłabiona… Nikt nie może powiedzieć, że w pełni wyraża swój potencjał, wszyscy mamy świadomość, że moglibyśmy więcej. A największe możliwości wyrażenia siebie dają nam relacje międzyludzkie, pomaganie sobie. Angażuje się przecież ogromne pokłady energii i inteligencji, żeby wspólnie znaleźć rozwiązanie problemu, można okazać współczucie, miłość… Więc jeśli przyjmujesz moją pomoc, dajesz mi możliwość wyrażenia tego wszystkiego. Wzrostu, bycia sobą.
– Czyli w sztuce pomagania role są umowne?
Oczywiście! Wielu ludzi uważa mnie za swoją nauczycielkę i taką pełnię rolę. Ale ja czuję głęboko, że to oni są moimi nauczycielami – najcenniejszą wiedzę zdobyłam w pracy z nimi, dzięki relacjom będącym wspólnym aktem twórczym. W takiej wymianie każdy bierze odpowiedzialność za swoją część. Przecież nawet zależne od matki niemowlę nie jest pasywne! Matka przykłada je do piersi – wydaje się, że dziecko dostaje pokarm bez wysiłku, a jednak musi tę pierś ssać. Jeśli nie wykona działania, nie posili się. Musi aktywnie przyjąć to, co dostaje.
- Jak aktywnie przyjmować pomoc?
Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie swoje potrzeby, zaufać, że zostaną one, przynajmniej częściowo, zaspokojone przez drugiego człowieka, otworzyć się na jego wpływ, impuls. Na przykład dzielę się z kimś problemem i chcę usłyszeć jego zdanie. Albo pokazuję mu swoją ranę i czekam, co z nią zrobi, jaki lek wybierze. Tylko że nie wystarczy zażyć lek – trzeba jeszcze aktywować swoją energię witalną, wolę życia…
- Jeśli chory nie chce wyzdrowieć, lekarz niewiele zdziała…
Każdy wie, że osoba nadużywająca alkoholu – żeby móc skorzystać z pomocy – potrzebuje najpierw rozpoznać, że ma problem, uznać, że sobie z nim nie radzi. Ale po tym, jak już zaufa, na przykład terapeucie, musi jeszcze aktywnie odpowiedzieć na jego bodziec – otworzyć się, opowiedzieć o swoim doświadczeniu, udzielić niezbędnych informacji. Powstaje relacja wzajemnego dawania i przyjmowania. Wymiana, przepływ. Aż wreszcie uruchamia się proces uzdrowienia. Wierzę, że to, co uzdrawia, to relacja, w którą angażują się obie strony. Lekarstwo jest drugorzędne.
- Często związki międzyludzkie nie tylko nie prowadzą do uzdrowienia, ale wręcz przysparzają kolejnych ran…
Ponieważ nie rozpoznajemy pułapek, w jakie wpadamy w naszych relacjach! W książce przyjrzałyśmy się im uważnie. Chyba najczęstsza pułapka polega na tym, że czujemy się więksi albo mniejsi od drugiej osoby – to zawsze blokuje wymianę. Najpierw musimy uznać, że jesteśmy jednakowo ważni, zasługujący na szacunek i wysłuchanie, zdolni do udzielania pomocy i otrzymywania jej. To jest też, moim zdaniem, klucz do transformacji planety – równość między Europą i Afryką, między Ameryką Południową i Północną… Ale, żebyśmy wszyscy żyli ze świadomością, że Norweg i Nigeryjczyk są równi, musimy zacząć od naszych codziennych relacji, od ciebie i mnie. Dla mnie hasło rewolucji francuskiej „wolność, równość, braterstwo” wciąż ma głęboki sens – to jest nasz kierunek rozwoju.
- Rzeczywiście osoby oferujące pomoc przyjmują czasem postawę guru, olbrzyma…
Ale ten, który uważa się za mniejszego, ponosi taką samą odpowiedzialność. Dlaczego rezygnuje ze swojej godności? Na co ma liczyć, jeśli jest głupi, nic nie wart? Przecież na nic nie zasługuje! Jeśli ktoś zwraca się do mnie z takim nastawieniem, pierwszym krokiem jest przywrócenie mu poczucia godności, przypomnienie, że wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi rozwijającymi się i pomagającymi sobie nawzajem. Moim zdaniem praca holistyczna, którą od dwóch lat wykonuję też w Polsce – wychodząca od ciała i obejmująca najgłębsze poziomy człowieka – przynosi tak spektakularne rezultaty właśnie dlatego, że działamy zgodnie z tą koncepcją. Nie może być tak, że podczas warsztatów inni poruszają się, a ja stoję nieruchoma! Uczestnicy naśladują moje ruchy i transformacja, jaka ma miejsce w moim ciele, zachodzi również w ich ciałach. Podobnie z emocjami – to jest nieustanny obieg, w którym następuje wspólna transformacja, przebudzenie. Jeśli ktoś dziękuje mi potem, bo dzięki Otwartej Rzece jego życie zmienia się i rozkwita, jest mi, oczywiście, bardzo miło, ale cały czas pamiętam, że dzięki tej relacji ja również wzrastam i mam nie mniejsze powody do wdzięczności.
- Pułapki opisane w „Sztuce pomagania” też zna pani z własnego doświadczenia?
Oczywiście, wpadłam we wszystkie! Dlatego tak dobrze je znam. Podstępność pułapki polega na tym, że wystarczy, by wpadła w nią jedna strona. Jeśli druga tego nie zauważy, będą tam tkwić razem. Weźmy zależność, pochodną nierówności – kiedy wspomagany przyjmuje rolę dziecka – „bez ciebie nie podejmę decyzji, nie wykonam żadnego ruchu”… Często ta pułapka zamaskowana jest ufnością – „oddaję się w twoje ręce”. Jeśli pomagający, załóżmy terapeuta, da się na to nabrać, może być zadowolony, że ma takich oddanych klientów, będzie się czuć jak Guliwer w krainie liliputów. Tak naprawdę jednak czuje się niepewnie, też jest od tych liliputów zależny i będzie dokonywał starań, żeby nigdy nie urośli. Nie przypadkiem takie historie jak „Podróże Guliwera” czy „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” mają wielką moc – jest ktoś duży i grupa posłusznych maluchów… Często osoby o takich predyspozycjach przyciągają się i zaczynają terapię, która wydaje się udana. Aż przychodzi dzień, kiedy liliput zaczyna tupać nóżką, bo mu ta terapia nie pomaga, a Guliwer ugina się pod swoją „wielkością” i może nawet nie zorientować się, że to nie praca sama w sobie jest męcząca…
- Inne pułapki, w które wpadamy?
Niesłuchanie. Ktoś prosi o pomoc, dajmy na to, siostrę, opowiada jej o jakimś problemie, a kiedy ona zaczyna mówić o swoich wrażeniach – oponuje, zmienia temat, powtarza uparcie te same rzeczy, a na koniec uznaje, że sam wie lepiej. Być może jest po prostu przerażony tym, co słyszy – a nuż odkryje jakiś błąd w myśleniu, będzie musiał coś zmienić… A on nie chce! To ludzie, rzeczy mają się zmienić, nie on!
- Osoby oferujące pomoc też często nie słuchają.
I przyjmują postawę „ja ci powiem, co masz zrobić, zorganizuję ci życie”. Nie interesuje ich punkt widzenia drugiej strony, wolą dawać gotowe recepty, prawić morały. A tutaj chodzi nie tyle o udzielanie rad, co o uruchomienie procesu twórczych poszukiwań. Jeśli brakuje słuchania, pozostaje się przy odmiennych punktach widzenia i zamiast pomocy mamy wojnę. To częste w związkach. Zawsze ostrzegam też przed wybawcami…
- O, lubimy wybawiać innych!
Jeśli ktoś pomagając innym odgrywa rolę zbawiciela, skazany jest na niepowodzenie. Nie dość, że ustawia się na piedestale, to jeszcze zakłada, że jest ktoś, kto musi być uratowany. Tak naprawdę – pomijając parę okoliczności, takich jak pożar czy tonięcie – nie ma kogo ratować! Zwykle chodzi o towarzyszenie komuś w danej sytuacji. Oczywiście, pomagający musi się do tej sytuacji zbliżyć. Kiedy na przykład ktoś przeżywa żałobę, możesz mu pomóc poprzez swoją obecność, empatię, ale trudno to osiągnąć, jeśli nie wiesz, czym jest żałoba, jeśli nie odważysz się dotknąć swoich wewnętrznych strat. Więc zbliżam się – nie po to, żeby kogoś ratować, ale żeby towarzyszyć mu w drodze. Dla mnie relacją najbliższą pomocy jest koleżeństwo, przyjaźń.
- Piękne, tylko czy łatwo te zasady stosować w praktyce?
Może to wszystko wyglądać idealistycznie, ale są sytuacje, w których już dajemy i przyjmujemy pomoc na równych zasadach – z miłością, zaufaniem. Warto więc zacząć od tego, żeby je odnaleźć, przyjrzeć się im. Jak to się dzieje, dlaczego? Kto to jest? Oczywiście, polecam lekturę książki, bo to pozwala na głębszą obserwację swoich relacji i zdemaskowanie pułapek. A jest ich niemało: rywalizacja, dyskredytowanie, wprowadzanie w błąd… Można odgrywać rolę Piotrusia Pana, żądać pomocy, wywierać presję na innych, wywoływać w nich poczucie winy, bo jestem taki biedny, niekochany i coś mi się należy od świata za moje cierpienia… Do każdego rozdziału dołączyłyśmy praktyczne ćwiczenia, pomagające uzyskać większą świadomość tego, jak funkcjonujemy my i otaczające nas osoby.
- Duże wrażenie zrobiło na mnie ćwiczenie z obserwacją oddechu, pomagające rozpoznać, jak dajemy i przyjmujemy.
Kiedy pytam ludzi, jak to u nich jest z dawaniem i braniem, wszyscy mówią: „o, ja dużo daję, za to przyjmowanie przychodzi mi z trudem”. Wszyscy! Komu więc dają? Gdzie są ci, którzy biorą? Wydaje się nam, że nieustannie dajemy, że możemy dużo dać i mało dostać. To niemożliwe! Prawda jest taka, że jeśli mało dostajesz, to albo mało dajesz, albo nie zauważasz tego, co otrzymujesz. Nie można mieć dysfunkcji w jednej z tych czynności. Branie jest jak wdech, a dawanie jak wydech – jak może jeden być harmonijny, a drugi nie? Przecież to ten sam obieg! Czytelnik ma okazję się temu przyjrzeć: Jak to jest u ciebie? Dajesz z łatwością, hojną ręką, czy przy użyciu kroplomierza, być może oczekując rewanżu? Jesteś otwarty na przyjmowanie, bierzesz to, co przychodzi, czy masz opory, może wolisz nie dostawać? Żeby w pełni uczestniczyć w życiu, musimy oddychać pełną piersią – dawać i przyjmować bez zakłóceń. Trzeba to odblokować. Na poziomie fizycznym służy temu praca z oddechem właśnie. Zależało nam, żeby ta książka nie była zbiorem pięknych teorii, ale praktycznym przewodnikiem.
- W Argentynie kilka szkół psychologicznych włączyło „Sztukę pomagania” do spisu lektur.
Pewna znana psycholożka argentyńska wyznała mi, że dzięki tej lekturze odkryła pułapki, w jakie wciąż wpadała po latach praktyki. Ale też, że podarowała książkę swojej sprzątaczce, która dziękując jej później powiedziała: „wreszcie zrozumiałam, w co wciągał mnie ten łajdak mój mąż”. W mailach od czytelników powracają trzy przymiotniki: pożyteczna, prosta i głęboka. Mam nadzieję, że w Polsce też się spodoba.
- Przyjeżdża pani do Polski od dwóch lat. Jakie są pani wrażenia, obserwacje? W czym potrzebujemy pomocy?
Bardzo lubię pracować z Polakami. Jest już stała grupa osób, które przychodzą na nasze zajęcia, jest entuzjazm i pragnienie kontynuowania pracy. Czuję w Polakach wielką siłę, pięknie rozwiniętą duchowość, głębię i gotowość, żeby się otworzyć, przyjąć w pełni własną moc. Przyjęcie jej daje ogromną radość – idziemy do przodu, z ufnością pokonujemy przeszkody. Widzę, że Polacy sięgają po swoją siłę, ale często czynią to tak, jakby wiązało się to z ciężarem, poświęceniem, trudem, wysiłkiem… Nie ma nic bardziej radosnego niż odczuwanie własnej energii życiowej, która się rozwija, swobodna – jak wtedy, gdy ktoś biegnie, jeździ na rowerze…. A tu ta energia wydaje się czymś zaciemniona – jakąś odpowiedzialnością, która zamiast uskrzydlać, przytłacza. Dla mnie słowo „odpowiedzialność” znaczy „zdolność udzielania celnych odpowiedzi życiu”. Kiedy znajdujemy takie odpowiedzi, możemy się poczuć jak Archimedes krzyczący „eureka!”. Jakie to piękne, ile w tym radości!





W numerze 10/2011 miesięcznika psychologicznego „Sens” ukazał się wywiad z Claudią Casanovas, autorstwa Joanny Romanowskiej, zatytułowany „Pochwała hojności”.

 

Ktoś daje, ktoś bierze, ale biorąc też daje – proste, odwieczne i piękne. Tylko czasem niepotrzebnie to komplikujemy. O tym, że pomoc to akt twórczy – z Claudią Casanovas, autorką książki „Sztuka pomagania”, prowadzącą w Polsce warsztaty Otwartej Rzeki – rozmawia Joanna Romanowska

 

- Napisała pani książkę o pomaganiu na cztery ręce – z przyjaciółką, przez ocean…
Z Felisą Chalcoff poznałyśmy się ponad 30 lat temu, na szkoleniu instruktorskim Otwartej Rzeki w Buenos Aires. Później zamieszkałam we Włoszech, ale pozostałyśmy w bliskim kontakcie. Po latach zaplanowałyśmy wspólne warsztaty w Buenos na temat pomagania. Kiedy jednak przyjechałam do Argentyny, z zeszytami pełnymi notatek, dowiedziałam się, że zgłosiło się 11 osób, podczas gdy ustaliłyśmy minimum na 12. Warsztaty zostały odwołane. Ale w dniu, w którym miały się odbyć, popatrzyłyśmy na siebie, na nasze zapiski, ćwiczenia i poczułyśmy żal. Taki dobry materiał, jaka szkoda! A jeśli napiszemy książkę? Tak, napiszmy! We Włoszech zwykło się mówić: zamykają się drzwi, otwierają się wrota. Otworzył się okres pracy na odległość – wysyłanie sobie tego samego rozdziału nawet po parę razy dziennie, poprawki, dyskusje. I tak przez dziewięć miesięcy…
- Skąd
pomysł, żeby uznać pomaganie za sztukę?
Zanim zaczęłam zgłębiać psychologię, ukończyłam Akademię Sztuk Pięknych. I już wtedy, gdy studiowałam historię sztuki, malowałam czy rysowałam, zorientowałam się, że mniej interesuje mnie rezultat tworzenia – obraz, rzeźba, taniec… Najgłębiej dotykał mnie sam akt twórczy, relacja pomiędzy artystą a materiałem, z którym pracuje – kamieniem, ciałem, kolorem… Kiedy zwróciłam się w stronę pracy psychologicznej, uświadomiłam sobie, że również pomoc – ta prawdziwa, skuteczna – jest aktem twórczym. Dla mnie jeszcze głębszym i bogatszym niż tworzenie w materii, bo „artysta” nawiązuje tu relację z żywym „materiałem”. Pomoc jako akt twórczy jest naprawdę potężna – dwie osoby pracują w tym samym celu, dla wzrostu obojga. Z jednakowym zaangażowaniem.
- Śmiałe podejście!
Jest takie powiedzenie: pomóż sobie, a Bóg ci pomoże. Zwykle uważa się, że pomoc opiera się na dobrej woli jednej ze stron, że, owszem, pomagający musi się zaangażować, ale przyjmujący pomoc już niekoniecznie – może być rozkojarzony, przygnębiony, no ale przecież trzeba go wyciągnąć z tego dołka… Pomoc to jeden z najbardziej angażujących i świętych aktów – jest w nim empatia, siła, włączone są największe talenty człowieka. Tak naprawdę chodzi tu o dawanie i przyjmowanie, a te dwie czynności nigdy nie istnieją rozdzielnie, należą do tego samego procesu życiowego. Dlatego kiedy dajemy, jednocześnie przyjmujemy i odwrotnie.
- Co dostaje osoba udzielająca pomocy?
Przede wszystkim możliwość wyrażenia swojego potencjału. A taki jest cel życia każdego z nas. Według Otwartej Rzeki – systemu, na którym od 30 lat opieram moją pracę terapeutyczną – każda istota ludzka wyposażona jest w trzy główne centra energetyczne: centrum inteligencji, inaczej mądrości, centrum miłości i centrum energii fizycznej, czyli siły, woli. Te trzy centra to nasza dusza, nasza najgłębsza esencja z jej podstawowymi funkcjami: zrozumieniem, kochaniem i działaniem. Często jednak mądrość jest zaćmiona, miłość zraniona, energia osłabiona… Nikt nie może powiedzieć, że w pełni wyraża swój potencjał, wszyscy mamy świadomość, że moglibyśmy więcej. A największe możliwości wyrażenia siebie dają nam relacje międzyludzkie, pomaganie sobie. Angażuje się przecież ogromne pokłady energii i inteligencji, żeby wspólnie znaleźć rozwiązanie problemu, można okazać współczucie, miłość… Więc jeśli przyjmujesz moją pomoc, dajesz mi możliwość wyrażenia tego wszystkiego. Wzrostu, bycia sobą.
– Czyli w sztuce pomagania role są umowne?
Oczywiście! Wielu ludzi uważa mnie za swoją nauczycielkę i taką pełnię rolę. Ale ja czuję głęboko, że to oni są moimi nauczycielami – najcenniejszą wiedzę zdobyłam w pracy z nimi, dzięki relacjom będącym wspólnym aktem twórczym. W takiej wymianie każdy bierze odpowiedzialność za swoją część. Przecież nawet zależne od matki niemowlę nie jest pasywne! Matka przykłada je do piersi – wydaje się, że dziecko dostaje pokarm bez wysiłku, a jednak musi tę pierś ssać. Jeśli nie wykona działania, nie posili się. Musi aktywnie przyjąć to, co dostaje.
- Jak aktywnie przyjmować pomoc?
Przede wszystkim trzeba uświadomić sobie swoje potrzeby, zaufać, że zostaną one, przynajmniej częściowo, zaspokojone przez drugiego człowieka, otworzyć się na jego wpływ, impuls. Na przykład dzielę się z kimś problemem i chcę usłyszeć jego zdanie. Albo pokazuję mu swoją ranę i czekam, co z nią zrobi, jaki lek wybierze. Tylko że nie wystarczy zażyć lek – trzeba jeszcze aktywować swoją energię witalną, wolę życia…
- Jeśli chory nie chce wyzdrowieć, lekarz niewiele zdziała…
Każdy wie, że osoba nadużywająca alkoholu – żeby móc skorzystać z pomocy – potrzebuje najpierw rozpoznać, że ma problem, uznać, że sobie z nim nie radzi. Ale po tym, jak już zaufa, na przykład terapeucie, musi jeszcze aktywnie odpowiedzieć na jego bodziec – otworzyć się, opowiedzieć o swoim doświadczeniu, udzielić niezbędnych informacji. Powstaje relacja wzajemnego dawania i przyjmowania. Wymiana, przepływ. Aż wreszcie uruchamia się proces uzdrowienia. Wierzę, że to, co uzdrawia, to relacja, w którą angażują się obie strony. Lekarstwo jest drugorzędne.
- Często związki międzyludzkie nie tylko nie prowadzą do uzdrowienia, ale wręcz przysparzają kolejnych ran…
Ponieważ nie rozpoznajemy pułapek, w jakie wpadamy w naszych relacjach! W książce przyjrzałyśmy się im uważnie. Chyba najczęstsza pułapka polega na tym, że czujemy się więksi albo mniejsi od drugiej osoby – to zawsze blokuje wymianę. Najpierw musimy uznać, że jesteśmy jednakowo ważni, zasługujący na szacunek i wysłuchanie, zdolni do udzielania pomocy i otrzymywania jej. To jest też, moim zdaniem, klucz do transformacji planety – równość między Europą i Afryką, między Ameryką Południową i Północną… Ale, żebyśmy wszyscy żyli ze świadomością, że Norweg i Nigeryjczyk są równi, musimy zacząć od naszych codziennych relacji, od ciebie i mnie. Dla mnie hasło rewolucji francuskiej „wolność, równość, braterstwo” wciąż ma głęboki sens – to jest nasz kierunek rozwoju.
- Rzeczywiście osoby oferujące pomoc przyjmują czasem postawę guru, olbrzyma…
Ale ten, który uważa się za mniejszego, ponosi taką samą odpowiedzialność. Dlaczego rezygnuje ze swojej godności? Na co ma liczyć, jeśli jest głupi, nic nie wart? Przecież na nic nie zasługuje! Jeśli ktoś zwraca się do mnie z takim nastawieniem, pierwszym krokiem jest przywrócenie mu poczucia godności, przypomnienie, że wszyscy jesteśmy istotami ludzkimi rozwijającymi się i pomagającymi sobie nawzajem. Moim zdaniem praca holistyczna, którą od dwóch lat wykonuję też w Polsce – wychodząca od ciała i obejmująca najgłębsze poziomy człowieka – przynosi tak spektakularne rezultaty właśnie dlatego, że działamy zgodnie z tą koncepcją. Nie może być tak, że podczas warsztatów inni poruszają się, a ja stoję nieruchoma! Uczestnicy naśladują moje ruchy i transformacja, jaka ma miejsce w moim ciele, zachodzi również w ich ciałach. Podobnie z emocjami – to jest nieustanny obieg, w którym następuje wspólna transformacja, przebudzenie. Jeśli ktoś dziękuje mi potem, bo dzięki Otwartej Rzece jego życie zmienia się i rozkwita, jest mi, oczywiście, bardzo miło, ale cały czas pamiętam, że dzięki tej relacji ja również wzrastam i mam nie mniejsze powody do wdzięczności.
- Pułapki opisane w „Sztuce pomagania” też zna pani z własnego doświadczenia?
Oczywiście, wpadłam we wszystkie! Dlatego tak dobrze je znam. Podstępność pułapki polega na tym, że wystarczy, by wpadła w nią jedna strona. Jeśli druga tego nie zauważy, będą tam tkwić razem. Weźmy zależność, pochodną nierówności – kiedy wspomagany przyjmuje rolę dziecka – „bez ciebie nie podejmę decyzji, nie wykonam żadnego ruchu”… Często ta pułapka zamaskowana jest ufnością – „oddaję się w twoje ręce”. Jeśli pomagający, załóżmy terapeuta, da się na to nabrać, może być zadowolony, że ma takich oddanych klientów, będzie się czuć jak Guliwer w krainie liliputów. Tak naprawdę jednak czuje się niepewnie, też jest od tych liliputów zależny i będzie dokonywał starań, żeby nigdy nie urośli. Nie przypadkiem takie historie jak „Podróże Guliwera” czy „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” mają wielką moc – jest ktoś duży i grupa posłusznych maluchów… Często osoby o takich predyspozycjach przyciągają się i zaczynają terapię, która wydaje się udana. Aż przychodzi dzień, kiedy liliput zaczyna tupać nóżką, bo mu ta terapia nie pomaga, a Guliwer ugina się pod swoją „wielkością” i może nawet nie zorientować się, że to nie praca sama w sobie jest męcząca…
- Inne pułapki, w które wpadamy?
Niesłuchanie. Ktoś prosi o pomoc, dajmy na to, siostrę, opowiada jej o jakimś problemie, a kiedy ona zaczyna mówić o swoich wrażeniach – oponuje, zmienia temat, powtarza uparcie te same rzeczy, a na koniec uznaje, że sam wie lepiej. Być może jest po prostu przerażony tym, co słyszy – a nuż odkryje jakiś błąd w myśleniu, będzie musiał coś zmienić… A on nie chce! To ludzie, rzeczy mają się zmienić, nie on!
- Osoby oferujące pomoc też często nie słuchają.
I przyjmują postawę „ja ci powiem, co masz zrobić, zorganizuję ci życie”. Nie interesuje ich punkt widzenia drugiej strony, wolą dawać gotowe recepty, prawić morały. A tutaj chodzi nie tyle o udzielanie rad, co o uruchomienie procesu twórczych poszukiwań. Jeśli brakuje słuchania, pozostaje się przy odmiennych punktach widzenia i zamiast pomocy mamy wojnę. To częste w związkach. Zawsze ostrzegam też przed wybawcami…
- O, lubimy wybawiać innych!
Jeśli ktoś pomagając innym odgrywa rolę zbawiciela, skazany jest na niepowodzenie. Nie dość, że ustawia się na piedestale, to jeszcze zakłada, że jest ktoś, kto musi być uratowany. Tak naprawdę – pomijając parę okoliczności, takich jak pożar czy tonięcie – nie ma kogo ratować! Zwykle chodzi o towarzyszenie komuś w danej sytuacji. Oczywiście, pomagający musi się do tej sytuacji zbliżyć. Kiedy na przykład ktoś przeżywa żałobę, możesz mu pomóc poprzez swoją obecność, empatię, ale trudno to osiągnąć, jeśli nie wiesz, czym jest żałoba, jeśli nie odważysz się dotknąć swoich wewnętrznych strat. Więc zbliżam się – nie po to, żeby kogoś ratować, ale żeby towarzyszyć mu w drodze. Dla mnie relacją najbliższą pomocy jest koleżeństwo, przyjaźń.
- Piękne, tylko czy łatwo te zasady stosować w praktyce?
Może to wszystko wyglądać idealistycznie, ale są sytuacje, w których już dajemy i przyjmujemy pomoc na równych zasadach – z miłością, zaufaniem. Warto więc zacząć od tego, żeby je odnaleźć, przyjrzeć się im. Jak to się dzieje, dlaczego? Kto to jest? Oczywiście, polecam lekturę książki, bo to pozwala na głębszą obserwację swoich relacji i zdemaskowanie pułapek. A jest ich niemało: rywalizacja, dyskredytowanie, wprowadzanie w błąd… Można odgrywać rolę Piotrusia Pana, żądać pomocy, wywierać presję na innych, wywoływać w nich poczucie winy, bo jestem taki biedny, niekochany i coś mi się należy od świata za moje cierpienia… Do każdego rozdziału dołączyłyśmy praktyczne ćwiczenia, pomagające uzyskać większą świadomość tego, jak funkcjonujemy my i otaczające nas osoby.
- Duże wrażenie zrobiło na mnie ćwiczenie z obserwacją oddechu, pomagające rozpoznać, jak dajemy i przyjmujemy.
Kiedy pytam ludzi, jak to u nich jest z dawaniem i braniem, wszyscy mówią: „o, ja dużo daję, za to przyjmowanie przychodzi mi z trudem”. Wszyscy! Komu więc dają? Gdzie są ci, którzy biorą? Wydaje się nam, że nieustannie dajemy, że możemy dużo dać i mało dostać. To niemożliwe! Prawda jest taka, że jeśli mało dostajesz, to albo mało dajesz, albo nie zauważasz tego, co otrzymujesz. Nie można mieć dysfunkcji w jednej z tych czynności. Branie jest jak wdech, a dawanie jak wydech – jak może jeden być harmonijny, a drugi nie? Przecież to ten sam obieg! Czytelnik ma okazję się temu przyjrzeć: Jak to jest u ciebie? Dajesz z łatwością, hojną ręką, czy przy użyciu kroplomierza, być może oczekując rewanżu? Jesteś otwarty na przyjmowanie, bierzesz to, co przychodzi, czy masz opory, może wolisz nie dostawać? Żeby w pełni uczestniczyć w życiu, musimy oddychać pełną piersią – dawać i przyjmować bez zakłóceń. Trzeba to odblokować. Na poziomie fizycznym służy temu praca z oddechem właśnie. Zależało nam, żeby ta książka nie była zbiorem pięknych teorii, ale praktycznym przewodnikiem.
- W Argentynie kilka szkół psychologicznych włączyło „Sztukę pomagania” do spisu lektur.
Pewna znana psycholożka argentyńska wyznała mi, że dzięki tej lekturze odkryła pułapki, w jakie wciąż wpadała po latach praktyki. Ale też, że podarowała książkę swojej sprzątaczce, która dziękując jej później powiedziała: „wreszcie zrozumiałam, w co wciągał mnie ten łajdak mój mąż”. W mailach od czytelników powracają trzy przymiotniki: pożyteczna, prosta i głęboka. Mam nadzieję, że w Polsce też się spodoba.
- Przyjeżdża pani do Polski od dwóch lat. Jakie są pani wrażenia, obserwacje? W czym potrzebujemy pomocy?
Bardzo lubię pracować z Polakami. Jest już stała grupa osób, które przychodzą na nasze zajęcia, jest entuzjazm i pragnienie kontynuowania pracy. Czuję w Polakach wielką siłę, pięknie rozwiniętą duchowość, głębię i gotowość, żeby się otworzyć, przyjąć w pełni własną moc. Przyjęcie jej daje ogromną radość – idziemy do przodu, z ufnością pokonujemy przeszkody. Widzę, że Polacy sięgają po swoją siłę, ale często czynią to tak, jakby wiązało się to z ciężarem, poświęceniem, trudem, wysiłkiem… Nie ma nic bardziej radosnego niż odczuwanie własnej energii życiowej, która się rozwija, swobodna – jak wtedy, gdy ktoś biegnie, jeździ na rowerze…. A tu ta energia wydaje się czymś zaciemniona – jakąś odpowiedzialnością, która zamiast uskrzydlać, przytłacza. Dla mnie słowo „odpowiedzialność” znaczy „zdolność udzielania celnych odpowiedzi życiu”. Kiedy znajdujemy takie odpowiedzi, możemy się poczuć jak Archimedes krzyczący „eureka!”. Jakie to piękne, ile w tym radości!