




W nr. 2/2010 miesięcznika psychologicznego „Sens” ukazał się artykuł zatytułowany
„Z nurtem Otwartej Rzeki”
tekst: Katarzyna Droga
Wszystko płynie, ruch jest zasadą istnienia, a ciało naszym sojusznikiem. Korzystając z tych prawd można poprawić swoje życie.
„Otwarta Rzeka” – tak nazywa się metoda zaprezentowana po raz pierwszy w Polsce w listopadzie 2009 roku. Jej źródeł należy szukać w Argentynie („Rio Abierto” po hiszpańsku znaczy właśnie: otwarta rzeka), ale z czasem zyskała sobie popularność w innych krajach, przyjęła nowe formy. Szczególnie urosła w siłę we Włoszech, gdzie wzbogaciła się o nowe, cenne elementy.
Harmonijny, płynny ruch, poddanie się prądowi życiowej energii, relaksacja, medytacja pozwalają pokonać blokady, ból i dotrzeć do ukrytego potencjału człowieka. Tę bardzo złożoną i niezwykle skuteczną metodę sprowadziła z Włoch do Polski Jolanta Maria Berent. Za sprawą Claudii Casanovas, która poprowadziła warsztaty „Ciało jako sojusznik”, Otwarta Rzeka popłynęła w Warszawie. Następna taka okazja powtórzy się już na początku lutego.
Światło i cień
Claudia to drobna osoba o zgrabnej figurze i przenikliwym spojrzeniu. Jest uczennicą Marii Adeli Palcos, uważanej za twórczynię systemu, i, podobnie jak ona, jest Argentynką, ale do Warszawy przyjechała z Neapolu. Tam, prawie 30 lat temu, założyła wraz z mężem i przyjaciółką centrum Rio Abierto Italia, dziś znane również jako Szkoła Bycia. Na początku warsztatów zbiera uczestniczki w kręgu wokół siebie. Same kobiety – nie znamy się, przyszłyśmy tu z różnych przyczyn: z ciekawości, potrzeby spokoju, uwolnienia się od bólu duszy, zadanego przez kogoś bardzo bliskiego albo pozbycia się dolegliwości ciała…
Okazuje się, że nie są to tak bardzo różne przyczyny, jesteśmy przecież całością. Claudia mówi na wstępie o trzech energiach, z których się składamy – fizycznej, emocjonalnej i mentalnej. Nie są autonomiczne – aby człowiek był szczęśliwy i spełniony, wszystkie te poziomy muszą harmonijnie współgrać. Ruch pozwala nam zdynamizować nasze życie uczuciowe i intelektualne, elastyczne ciało zapewnia elastyczny umysł i harmonijny przepływ emocji – takie są podstawowe zasady Otwartej Rzeki. Dlatego w tej metodzie wychodzi się od ciała. Celem jest zintegrowanie wszystkich energii, dotarcie do wewnętrznego światła, osiągnięcie pełni.
– Każdy z nas ma takie światło w sobie, ale otoczony jest cieniem – mówi Claudia. Nie spotkała nigdy człowieka bez światła i bez cienia, czasem cień jest bardzo gęsty, czasem delikatniejszy, ale zawsze warto się przez niego przedrzeć.
Jak? Claudia zaprasza uczestniczki do szeregu ćwiczeń. Aby wydobyć się z cienia, będziemy podążać za instruktorką i naśladować jej ruch.
Pierwsza, wstępna część to swobodny taniec, gimnastyka rąk. Kiedy wyciągamy ku górze dłonie i otwieramy ramiona, czujemy się, jakbyśmy zagarniały do siebie energię z kosmosu. Następny etap jest nieco trudniejszy, bo wymaga współpracy z drugą, obcą osobą. Ustawiamy się w parach, opieramy o siebie plecami. Wewnętrzny opór pokazuje, jak trudno jest otworzyć się na innego człowieka. Mimo to bierzemy się za ręce i tańczymy parami. I w tym momencie – zdawałoby się oswojenia – Claudia prosi, abyśmy wymienili się partnerami. Wyruszamy do środka sali jako zakochani, a powracamy na swoje miejsca za rękę z innym już partnerem. W ten sposób odnajdujemy w sobie ból rozstania i moc otwarcia się na nowe relacje.
To jedna ze specyficznych cech tej metody – ruch naśladuje procesy życia. Ma obudzić nasz potencjał, ukryte w naszym wnętrzu pokłady możliwości. Otwarta Rzeka uruchamia je za pomocą terapii tańcem i ruchem, elementów relaksacji, medytacji, dramy, także tzw. lektury ciała.
Człowiek-drzewo
Czy zdajemy sobie sprawę ztego, jak bardzo jesteśmy podobni do drzewa? Jedynie korzenie my, ludzie mamy ruchome, możemy się przemieszczać. Podążamy za Claudią w badaniu siebie jako drzewa.
Wbijamy mocno pięty w ziemię, tak żeby poczuć swoje korzenie, umocowanie w ziemi. Poruszamy tułowiem – pniem, potem rękami – gałęziami, palcami jako liśćmi, układamy dłonie jak kwiaty. Kwiaty przeistaczają się w owoce, w końcu rozsiewamy nasiona. Ten dziwny balet obrazuje istnienie człowieka – takie są koleje naszego życia – etapy wzrastania.
– Człowiek musi zapuścić gdzieś korzenie, musi obudować ciało, rozwinąć się rozrosnąć, zakwitnąć, wydać owoce – swoją najpiękniejszą część, a potem wszystko powtarza się jeszcze raz – mówi Claudia. – Jeśli na jakimś etapie coś się nie udało, warto ustalić na jakim, bo taki uszczerbek przeszkadza w harmonijnym życiu. Na koniec tego ćwiczenia odgrywamy swoje własne drzewo spontanicznie, od wrośnięcia w ziemię przez wzrost gałęzi liści kwiatu i owocu. Po dynamicznym, wyzwalającym ruchu następuje połączenie relaksacji z medytacją. Kładziemy się na matach, mocno wciskamy w ziemię – musimy ją poczuć – rozkładamy ręce, podążamy za głosem instruktorki. Claudia zadaje pytania.
„W jakim miejscu się zakorzeniłeś? Wyobraź sobie to miejsce. Może to być miejsce fizyczne a może jakaś dziedzina – dom, praca, pasja? Rodzina, związek?”.
„Co stało się potem w twoim życiu? W którym momencie wydałeś owoce? Czy czegoś ci zabrakło?”.
Claudia mieszka we Włoszech, jej korzenie to rodzina i miłość. Odnalazła się w związku z mężem, także w pracy. Czuje, że wydała swoje owoce. A wy?
Twarzą w twarz
To nie jest łatwe zadanie: kładziemy się parami twarzą twarz z nieznajomą osobą, aby wymienić refleksje na temat własnego życia! Przez 5 minut jedna, przez następne 5 – druga opowiada o swoich ambicjach, sukcesach i porażkach. „Gdzie jesteś? W jakim miejscu, w czym się zakorzeniłeś, jakie owoce wydałeś? A może nie owocujesz? Czy widzisz gdzieś niespełnione aspekty życia?”.
Wracamy do ruchu, naśladujemy inne czynności życia. Rozwój drzewa, taniec w rytm muzyki – wyciągamy ręce do świata i energii, by brać ją i oddawać, dzielić się nią z innymi. Łączymy się w pary i rozstajemy. Wytwarzamy owoc w parze z drugą osobą – to dzieło wspólnych rąk, mimo że wyimaginowane, staje się wręcz namacalne.
Mocno tupiąc schodzimy w dół, do ziemi – po to, by potem energicznie wzrastać w górę, ku słońcu. To piękna metafora, bo aby wspiąć się do góry trzeba najpierw pokonać drogę w dół, żeby wyrosnąć, trzeba się zakorzenić.
Na koniec zajęć pierwszego dnia Claudia rysuje drzewo ze wszystkimi elementami – etapami, na których kolejno znajduje się człowiek. Drzewo obrazuje koło życia – od ziemi do nieba, powracające ciągle i nieustająco. Ta sesja była po to, abyśmy dotarli do swojego wnętrza. Czujemy bicie serca, jedni są poruszeni, inni czują fizyczny ból. Tak ma być – na tych warsztatach szukamy tematów, które bolą, by uwolnić się od blokad. Dwa następne dni przyniosą uczestnikom mocne przeżycia: lekturę ciała, badanie cienia. Po to, by przetransformować go w energię witalności, inteligencji i miłości.
Katarzyna Droga
Z RELACJI UCZESTNICZEK:
Aneta – poddała się lekturze ciała. Doświadczenie to pozwoliło jej pokonać traumatyczne przeżycia z dzieciństwa: próbowała ją udusić babcia.
– Poszłam na warsztaty Claudii Casanovas bez konkretnych oczekiwań. Jestem kulturoznawcą i antropologiem kultury, piszę doktorat o rytuałach, zawsze chciałam zobaczyć na żywo taniec odczyniania. Kiedy trafiłam na termin „Rio Abierto”, jakkolwiek egzaltowanie to nie zabrzmi, serce zabiło mi w rytm tam-tamów.
Claudia czyta ciało, widzi jego dysproporcje. Nawet w sylwetce harmonijnej tak jak moja potrafi znaleźć cechy, które nie komponują się z resztą. Od razu zapytała mnie o aparat ortodontyczny, zauważyła mocną szyję, która jakby odcina mój korpus od głowy.
Podczas lektury ciała Claudia naśladuje postawę oraz mimikę osoby, którą czyta. Widok mojej kopii zezłościł mnie. Trenerka poprosiła o bardzo szybkie mruganie powiekami i weszłam w trans hipnotyczny. Ujrzałam w jej twarzy, w jej ciele, swoją babkę. Dosłownie. To bardzo realne uczucie, jakby przeniesienia w miejscu i w czasie. Padały pytania: „ile masz lat? Co się dzieje? Co czujesz?”. Odżyła straszna scena z mojej przeszłości, niemalże całkowicie wyparta z pamięci. Ważnym i oczyszczającym przeżyciem okazało się dla mnie powtórne odegranie czegoś, co już raz zaistniało i możliwość nadania temu nowego zakończenia. Uświadomiłam sobie, że robiąc reportaże z miejsc buzujących przemocą, zawsze doświadczałam bardzo silnych emocji – zupełnie nieprofesjonalnych – i zawsze miałam silną potrzebę, żeby nieść pomoc; teraz wiem, że chciałam pomóc też sobie…
Marta – poszła na warsztaty, bo potrzebowała dotrzeć do pokładów swojej energii, źródeł nowych pomysłów. Po zajęciach płakała przez około 3 dni, w ten sposób dokonała się jej podróż w głąb siebie i swoich emocji.
– Znalazłam się w trudnej sytuacji życiowej (teraz nie postrzegam jej jako trudną, tylko „inną”, „nową”). Stanęłam przed przymusem wyboru, nowymi wyzwaniami, takimi jak otworzenie własnej firmy, potrzebowałam zastrzyku energii.
Po warsztatach nabrałam odwagi, pozbyłam się wielu lęków, czuję się całkiem inaczej, właściwie nie pamiętam, jak to było przed Rio Abierto.
Po pierwszym dniu zajęć byłam jak poszarpana od wewnątrz, odczuwałam niesamowity zamęt, w nocy źle spałam. Zastanawiałam się, czy tam wrócić, miałam poważne obawy, jak wytrzymam tak aktywny dzień. Tymczasem następnego dnia, już na początku zajęć poczułam się bardzo dobrze. Na progu sali zostawiłam wszelkie swoje przekonania, zdobyte doświadczenia i zgromadzoną do tej pory wiedzę. Zaufałam w pełni Claudii i chłonęłam sobą każde jej słowo, gest, ruch, dzięki temu czułam się niczym wykluwające się pisklę, małe dziecko, które cieszy się z tego co je spotyka, bez oceniania, porównywania i niepotrzebnego analizowania.
Po całym dniu, wypełnionym tańcem, a także ćwiczeniami na aktywowanie witalności, medytacją i masażem, dostałam bardzo mocnych dolegliwości żołądkowych, jakbym się czymś zatruła. Trudno mi było uwierzyć, że ciało może tak silnie reagować! Czułam się słabo i dziwnie, ale kiedy wyszłam z budynku, w którym odbywały się warsztaty, wszystko zaczęło wracać do normy. Po powrocie do domu poczułam się cudownie. Zaskoczyło mnie coś jeszcze: mimo późnej godziny roznosiła mnie energia!
Następnego dnia, podczas zajęć moje ciało zaczęło się buntować, nawiedziły mnie myśli: „Co ja tutaj robię? Kim są te wszystkie osoby? Po co mi to?”. Miałam ochotę wyjść. Moje ciało weszło w ruch, którego nie znałam, byłam poza granicą bezpieczeństwa…, trwało to kilkanaście minut, tyle potrzebowałam, aby przenieść to do swojego wnętrza i poczuć się w nim bezpiecznie.
Żegnałam się z Claudią ostatnia. „Dziękuje” – tyle tylko udało mi się powiedzieć. Claudia serdecznie mnie przytuliła, a ja zaczęłam płakać. Mogłabym tak stać godzinami i płakać, płakać, płakać… Claudia kilka razy powtarzała, że jestem silna i mam o tym pamiętać, a ja nie mogłam powstrzymać łez… ostatni raz płakałam w ten sposób chyba podczas swoich narodzin… Ten stan trwał 2–3 dni. Bez specjalnego powodu zaczynałam po prostu wylewać z siebie łzy, potem się uspokajałam, aby po pewnym czasie znowu tryskać skumulowanymi emocjami.
Po warsztatach zmienił się mój stosunek do samej siebie i relacje z ludźmi i, co dla mnie najważniejsze, z rodziną. Mąż patrzy na mnie z zaciekawieniem, potwierdza moją przemianę.